Spontanicznie zainspirowani Tuwimem

Niedawno na lekcjach polskiego...
...powstał pomysł konkursu na opowiadanie inspirowane wierszem Juliana Tuwima "Przy okrągłym stole".

Oto nagrodzone prace:

 

 

Bartek Mrozkowiak ©®

Ciepłe, słoneczne, wrześniowe popołudnie:
- To co Darek, jeszcze po jednym piwku i wnosimy tę kanapę, co?
- Oczywiście. - Odparł.
Marek podszedł i wziął dwa napoje ze skrzynki. Chciał od razu wrócić, ale zatoczył koło, żeby otworzyć butelki o ścianę, gdyż nie posiadał otwieracza. Podaje piwo Darkowi.
- Jesteś pewien, że chcesz tu mieszkać? - zapytał Marek. - Podszedł do mnie wczoraj twój przyszły sąsiad i opowiedział mi dosyć przerażającą historię.
- Jaką?
Marek zaczął opowiadać mu legendę, że co roku, losowego dnia we wrześniu, pojawiają się w tym domu dwa duchy – jeden to ciało mężczyzny, drugi w ciele kobiety. Oboje nadzy. Temu niezwykłemu wydarzeniu towarzyszy zawsze jakaś dziwna pieśń, której w Tomaszowie nikt nie słyszał.
- I ty naprawdę w to wierzysz? - Darek zaśmiał się głośno.
- Facet naprawdę wyglądał na przestraszonego, przysięgam.
- Daj spokój, lepiej zostaw tę butelkę i wnosimy kanapę. - zakończył.
Stanęli na przeciwko siebie i podnieśli mebel od podstawy. Trzymając w górze, zaczęli wchodzić po schodach i kręcić się na zmianę, żeby było możliwe przejście przez drzwi. Darek szedł z tyłu.
Korytarz był bardzo mały, cały pomalowany na pomarańczowo, na środku sufitu wisiał późno-barokowy, ozdobiony wokół pierścienia dwunastoma  aniołami w różnych pozach. Marka bardzo on zaciekawił, nie mógł odwrócić od niego wzroku. Tak jakby go zahipnotyzował.
- Marek, cholera! - wykrzyknął.
Mężczyzna szedł z przodu i był tak zapatrzony, że nie zauważył wielkiego, starego okrągłego stołu. Przewrócili się z kanapą i spadła ona Darkowi na duży palec u prawej nogi.
- Zobacz co zrobiłeś mi z palcem...
- Czekaj, zaraz to załatwię! - odparł w pośpiechu.
Marek upuścił ciężar i szybko pobiegł do drugiego pokoju po apteczkę. Podobne sytuacje już wiele razy zdarzały się podczas tej przeprowadzki, więc już pamiętał gdzie ona się znajduje. Wrócił z plastrami, wodą i bandażami.
- Naprawdę Cię przepraszam... ale do tej pory nie było tu żadnego stołu.
- Jaki stół? - zapytał ze zdziwieniem Dariusz. - Niczego nie postawiłem na korytarzu.
- Może to Halina go tutaj ustawiła?
- Kiedy, jak ona od rana pracuje. I to przedwczorajszego rana. - zaprzeczył.
Zaczęli się głębiej zastanawiać nad tym, skąd się tu wziął stół, zwłaszcza okrągły, gdyż Darek takiego w ogóle nie posiadał.
- A co, jeżeli faktycznie miałeś rację z tą historią? - zapytał drżącym głosem ranny.
Wtem od głównego wejścia zaczęły dochodzić dziwne dźwięki, stłumione i powtarzające się dźwięki kroków. Były co raz głośniejsze, aż w progu ukazały się dwie postacie - kobieta i mężczyzna. Weszli do środka i usiedli obok mężczyzn na niewidzialnych i niematerialnych krzesłach. Siedzieli dosłownie w powietrzu. Słychać było ich rozmowę, jednak zupełnie nie dało się rozróżnić żadnego słowa. Nie mówili ani po angielsku, ani po polsku.
Nie byli zupełnie nadzy, mieli na sobie wielkie, czarne kapelusze, które proporcjonalnie były co najmniej dwa razy większe od głów. Kobieta wyciągnęła ze swojego wielką kiść winogron, którą zaczęła jeść jedno po drugim ,w obojętny sposób, ignorując mężczyznę, który próbował z powrotem prowadzić z nią rozmowę. Jej postawa nie zmieniała się.
- Darek... to jest chore.
- Zaczekaj, wnieśmy chociaż tę kanapę. - poprosił.
Marek przewrócił oczami. Wiedział, że musi to zrobić, bo jego kolega nie odpuści.
Migiem zanieśli mebel do salonu i szybko wybiegli, spoglądając jeszcze przez drzwi wejściowe, jak wyglądają postępy konwersacji duchów.
Trzymali się za ręce, lecz widać było po mężczyźnie, że już chce wychodzić z domu.
To samo zrobili Marek i Darek. Pożegnali się, ponieważ obok domu była stacja, na której stała akurat lokomotywa. Marek po okazaniu dokumentu konduktorowi, wsiadł do lokomotywy.  Z tej stacji sam nie wyjeżdżał.
Duch też kupił bilet.

 

 

Wojciech Przybyła©®
 

Drzwi cicho skrzypnęły. Do środka pokoju zaczęli się z wolna gramolić tragarze niosący meble. Wszedłem tuż za nimi.
-Tomaszów.
Westchnąłem, zaciągając się po raz pierwszy tutejszym powietrzem. Okolica sprawiała wrażenie spokojnej. Ba!  Nic nie było słychać poza ćwierkaniem ptaków i ledwie słyszalnym szemrzeniem strumyka w oddali. Zieleń widoczna zza okna wdzierała się do pomieszczenia. Mimo jesiennej pogody wszystko było żywe i radosne.
Wszystko z wyjątkiem pokoju. Zimno ziejące z wyblakłych ścian sprawiało, że dostawałem dreszczy. Gdyby nie moje meble nie byłoby tu niczego. Aby szybko pozostawić tę ponurą atmosferę wyszedłem zwiedzać miasteczko.
Jako, że nigdy nie miałem do tego okazji, zeszło mi na przechadzkach kilka godzin. Gdy pełen wigoru i energii dotknąłem klamki drzwi do pokoju, wstąpił we mnie jednak przestrach. Poczułem, że coś nienaturalnego czai się we wnętrzu mieszkania. Pewnie zostawiłem otwarte okno i ochłodziło się w środku. - bąknąłem i ze sztuczną radością przekroczyłem próg.
Blade ściany stały się bledsze. Okno było rzeczywiście otwarte, zdawać się jednak mogło, że nie przeze mnie. Stolik i krzesła, które rano jeszcze stały przy ścianie, teraz dominowały centrum pokoju. Czy ktoś tu był?
Nagle dał mi się słyszeć cichy szloch. Po raz kolejny dzisiejszego dnia poczułem dreszcze. Przez okno przedarła się fala zimnego powietrza. Podszedłem i zamknąłem okno. W pomieszczeniu zapanowała martwa cisza.
Przerwał ją ponowny, już nieco głośniejszy szloch; dobiegał zza moich pleców. Powoli obróciłem się. Na krzesłach przy stoliku zobaczyłem dwie mgliste postaci. Mężczyznę i kobietę. On opierał swe ręce na stoliku, trzymając w dłoniach jej dłoń. Ona z zamyśleniem patrzyła przez okno. Mężczyzna sprawiał wrażenie wzruszonego, co moment spuszczał głowę, by podnieść wzrok na ukochaną. Ta jednak nie zwracała na niego uwagi, powolnym tylko gestem wybierała drugą ręką wyimaginowane owoce z wyimaginowanego talerza na stoliku.
Widok był zatrważający. Z reguły nie wierzę w zjawiska nadprzyrodzone, ale to, co rozgrywało się właśnie na moich oczach było czymś nigdy przeze mnie niespotkanym.
Chciałem wystąpić spod okna. Przerwał mi gwałtowny ruch widmowego mężczyzny. Wstał z krzesła wściekły, co sił wyszedł z pokoju. Bezgłośnie trzasnął drzwiami. A ona...
...nadal w zadumie patrzyła przez okno...
...nadal jadła owoce...
...nadal była dla niego oschła...
Jej postać rozmyła się. Pokój po raz kolejny stał się pusty, a blade ściany nabrały nieco koloru.
Tomaszów.

 

 

Sebastian Kasperczak ©®

Nawiedzony dom w Tomaszowie

Tomaszów, 22.10.1921r

Dzień, jak co dzień, siedzę w dużym pokoju. Ciężko jest mi się przyzwyczaić do tego widoku. Jak ten czas leci! Od tego wydarzenia minęły już prawie dwa miesiące! Pomyśleć, że wtedy od czasu do czasu, spotykaliśmy się na wspólnej rozmowie. Tak... Tak, razem pięknie wyglądali. Zawsze, gdy wracałem z pracy, widziałem ich. Każdy, kto kiedykolwiek na nich spojrzał, to zauważał. Byli dla siebie stworzeni. Przekraczając próg tego mieszkania można było odnieść wrażenie, że wręcz bije z niego aura miłosna. Ale nie tego dnia. Wtedy było zupełnie inaczej. Dzień niby zwykły. Jak co dzień wracam z pracy, wchodzę do głównego pokoju. Oboje siedzieli przy okrągłym stole, naszym wspólnym miejscu do pogawędek. Cisza. Nic więcej się nie wydobyło z ich ust po mym przyjściu. Przynajmniej w swojej obecności. W nocy słyszałem zdanie ciągle przez niego wypowiadane: Du holde Kunst!. Następnego ranka już ich nie widziałem. Nie wiem, co się z nimi stało. Najwidoczniej rozstali się i każde z nich poszło w swoją stronę. Ilekroć patrzę na ten pokój, to przechodzą mnie ciarki. Jeszcze niedawno tu wspólnie siedzieliśmy. Oni snuli wspólne plany. A dziś? Z perspektywy czasu nic się nie zmieniło. Prawie co noc ktoś się przechadza po pokoju, słyszę szlochy, szepty i to przeklęte Du holde Kunst. Każdego ranka muszę poprawiać krzesła, ze stołu zabieram dwie puste filiżanki, przynoszę winogrona. Zajmują te same miejsca, jak wtedy, gdy po raz ostatni ich widziałem. Ciężko jest mi to wszystko sensownie wytłumaczyć. Czuję ich ciągłą obecność. Wiem, że wciąż tu są. Siedzą tu ze mną i towarzyszą mi. Czy... Czy ja już kompletnie zwariowałem?

 

 

 

Koleś©®

Pewnego razu przejeżdżałem przez Tomaszów,moje rodzinne miasto, w którym nie bywałem od wielu lat. Taki szmat czasu, a nic się nie zmieniło. Dom sołtysa stoi jak stał, drzewa, z których zrywałem jabłka i mój stary dom- niewielki pałacyk, którego lata świetności już dawno minęły. Mieszkałem w nim 14 lat, jednak po śmierci dziadka coś się zmieniło, dom, w którym zawsze było głośno nagle ucichł. Nawet ptaki przestały ćwierkać. Gdy wtedy na niego spojrzałem, ujrzałem zabite okna, odpadający tynk oraz chmary kruków, które oblegały pałac niczym złowroga armia. Wyszedłem z samochodu i przeszedłem przez opustoszały plac. W miejscach, w których kiedyś rosły kwiaty, teraz panują pokrzywy. Stanąłem na chwilę, aby przypomnieć sobie dawne zabawy w parku. Po dawnych kryjówkach nie było już śladu, ukrywały je chaszcze traw. A drzewo, na którym miałem domek na drzewie, przewróciło się od ciężaru. Moje zamyślenie przerwały kruki, które brzmiały jakby mówiły mi abym poruszał się dalej. Wszedłem po schodach i pociągnąłem za klamkę. Drzwi było otwarte. Wszedłem do przedpokoju, w środku panowała cisza, jedynym dźwiękiem były skrzypiące deski pod moimi stopami. Przez te 10 lat, nic się w nim nie zmieniło, meble stały nieruszone. Jedynie pozytywka, którą znalazł dziadek w lesie. Prawdopodobnie ktoś ją wyrzucił wraz z innymi rupieciami. Ostatecznie nie zdążył jej odnowić. Nakręciłem pozytywkę, ku mojemu zdziwieniu zaczęła grać. Nie sądziłem, że kiedykolwiek usłyszę jej dźwięki. Odłożyłem ją na miejsce i pozwoliłem muzyce płynąć. Usiadłem na stary zakurzony fotel nie przejmując się kurzem. Siedziałem tak kilka minut wpatrzony w sufit i wsłuchiwałem się w krzyki kruków. Nagle coś zapukało w szybę, poderwałem się błyskawicznie, momentalnie zobaczyłem blady cień rozpływający się zza okna. Kruki ucichły, jedyny, dźwięk ,który dochodził do moich uszu  to bicie mojego serca. Stałem jak wryty. Po chwili ruszyłem ku drzwiom jednak, gdy pociągnąłem za klamkę nie mogłem ich otworzyć. Nagle usłyszałem muzykę z pozytywki. Serce podskoczyło mi do gardła. Wsłuchiwałem się we wszystkie dźwięki. Po chwili pozytywka umilkła. A ja ruszyłem ku innym drzwiom. Idąc korytarzem zdałem sobie sprawę jak bardzo ten dom się zmienił, choć nic się w nim nie zmieniło. Jednak coś było nie tak. Jakbym czuł czyjąś obecność. W końcu dotarłem do drzwi wyjściowych, jednak one były otwarte. Szybkim krokiem ruszyłem do samochodu. Odwróciłem się jeszcze raz i wtedy ujrzałem w oknie mojego dziadka. Uśmiechał się, po kilku sekundach rozpłynął się w cieniu, a ja wszedłem do samochodu i wróciłem do domu.

 

 

Łukasz©®

Pół roku temu wynająłem, dość tanio dom w Tomaszowie. Był to mały, biały dom ze strzelistym dachem. Wewnątrz stały drewniane meble, które wyglądały już dość staro. Moją uwagę przykuł stojący w salonie średniej wielkości okrągły stół i dwa zasunięte krzesła ustawione na przeciw siebie. Nie mogłem się powstrzymać i usiadłem na jednym z nich. Gdy usadowiłem się za okrągłym stołem, poczułem jakby chłodny wiatr, ale uznałem, że któreś okno musi być uchylone. Nadszedł wieczór i poczułem się zmęczony. Zasnąłem niemal natychmiast. Nagle usłyszałem odgłosy kłótni i płacz kobiety ,dobiegające z salonu. Spojrzałem na zegarek była godzina 3:15. Po cichu wyszedłem z sypialni i ujrzałem postacie kobiety i mężczyzny siedzące przy okrągłym stole. Gdy stanąłem w futrynie zjawy spojrzały na mnie przeraźliwym wzrokiem. Oniemiałem z przerażenia. Nagle rozbłysło światło, wszystkie żarówki, zostały zniszczone, a duchy zniknęły. Stałem tam i
wpatrywałem się w ten stolik jeszcze kilkanaście sekund, zanim dotarło do mnie, co się stało. Wtedy już wiedziałem, dlaczego cena tego domu była tak niska. Był on po prostu nawiedzony. Nie zastanawiając się długo, tej samej nocy spakowałem walizki i opuściłem nawiedzony dom. Dziś mieszkam w innym mieście, ale często zdarza się, że w nocy słyszę płacz kobiety. Zadziwiające jest to, że z nocy na noc staje się on coraz głośniejszy...

 

 

 

Hubert Joksz ©®

Kupiłem, zamieszkałem i po jednym dniu żałowałem. Jest to krótka historia tego co wydarzyło się w tym nieszczęsnym domu w Tomaszowie. Ciepłe lato dawało się we znaki w mieście, więc postanowiłem wyjechać na parę dni w ciche i spokojne miejsce. Przeszukałem znaczną część Internetu i wpadłem na ciekawy, biały dom. Duży, ładny w zacisznym miejscu i w dodatku był na sprzedaż w okazyjnej cenie. Postanowiłem go kupić ,przecież było mnie stać.

Dom kupiony, urlop w pracy załatwiony ,więc można jechać, powiedziałem, głośno pakując resztę bagaży do auta. Tomaszów- wioska cicha, spokojna, nieduża wręcz odcięta od cywilizacji. Tego było mi trzeba. Dom był świetny. W pewnym momencie zastanawiałem się dlaczego był taki tani ale darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Nie był to szczyt luksusu ale czego  można spodziewać się po stuletnim domu. Była w nim elektryczność i woda, więc nie miałem co narzekać. Najbardziej zaciekawił mnie pokój z okrągłym stołem. Stół ten był tak jakby czystszy od innych mebli w całym domu co wydawało się dziwne. Cały ten dzień spędziłem na sprzątaniu kurzu i szykowaniu drewna do rozpalenia w kominku. Po pewnym czasie spoglądając za okno zobaczyłem, że robi się ciemno, więc postanowiłem rozpalić w kominku. Po chwili poczułem jakby słodki dym wydobywający się z pokoju z okrągłym stołem. Pomyślałem, że mam jakieś zwidy lub coś innego ale był to tak wyraźny zapach ,że wstałem i podszedłem do tego pokoju. Otworzyłem drzwi z impetem i zobaczyłem odwróconą plecami postać, która powtarzała coś w stylu ,,Du holde Kunst”. Zadałem sobie  pytanie: kto to jest ?? co tu robi ?? i jak się tu znalazł??. Stojąc w tym samym miejscu powiedziałem do tego czegoś:,,  co robisz w moim domu??”. Postać odwróciła się i ujrzałem mężczyznę, którego twarz była w połowie zgniła i doskonale było widać w niej szczękę i zęby. Od razu pomyślałem, że to mi się śni lecz straciłem tę nadzieję gdy to coś się do mnie odezwało słowami: ,,Ten biały dom, ten pokój martwy do dziś się dziwi, nie rozumie, wstawili ludzie cudze meble i wychodzili stąd w zadumie.” Cofnąłem się o krok ze zdumienia. Najpierw po niemiecku teraz wierszem to się robi coraz dziwniejsze. Kim jesteś, zapytałem, i dlaczego tu jesteś? Postać  odpowiedziała mi tak: Nie odpowiem ci na to pytanie, bo sam nie znam na nie odpowiedzi. Jestem tutaj nie wiem dlaczego, żyję choć nie wiem po co. Bez celu od pół wieku. Wiem tylko ,że straciłem coś bardzo mi cennego ,lecz nie wiem co. Może ty wiesz?. Nie mam pojęcia co straciłeś, ja przyjechałem tutaj poprzedniego dnia i pierwszy raz widzę Cię tutaj. I powiedz mi skąd ten słodki dym. Też go czujesz ??  To oznacza, że też coś straciłeś coś cenniejszego od złota czy srebra. Coś bez czego nie da się żyć, a jednak żyjesz. Jak, powiedz mi jak. Mówiąc te słowa podszedł do mnie i spojrzał mi głęboko w oczy po czym rzekł: Ty tęsknisz głęboko lecz skrycie i nie daje się tego po tobie poznać, więc żyjesz normalnie. Prawda ??. Tak ,odparłem, ale co to ma wspólnego z Tobą ??. Przecież powinieneś już nie żyć od dobrych 50 lat. Umrę jak znajdę to co straciłem. Powiedział te słowa i usiadł przy stole. Nie miałem pomysłu co zrobić. Przecież nie zasnę z chodzącym trupem po domu. W ogóle jakim prawem on się porusza i rozmawia. Zacząłem szukać czegoś w książkach, stojących na półkach, mając nadzieję że coś znajdę. Obudziłem się z głową na stole. Popatrzyłem wokół siebie a tam pusto. Nikogo nie było. Nie czułem dymu, nie widziałem trupa. Pomyślałem, że to mi się śniło i głośno się zaśmiałem. Lecz następnej nocy to samo. Słodki dym,  ,,Du holde Kunst” i gadający wierszem trup. To nie był sen pomyślałem i nie tracąc czasu zacząłem szukać po książkach czegokolwiek co mógł stracić truposz w pokoju obok. Mój urlop trwał 2 tygodnie czyli 14 dni. Po 10 dniu szukania, denerwowania się gadaniem trupa i nieprzespanymi nocami miałem się poddać, bo niczego nie znalazłem.  Nagle z regału spadło rozdarte, niewyraźne i pogięte zdjęcie dwóch osób. Nikogo mi one nie przypominały, więc je odłożyłem. Podszedłem do trupa i powiedziałem: Próbowałem odnaleźć Twoją zgubę ale nie udało mi się niczego znaleźć oprócz podartego zdjęcia. Jakie zdjęcie, zapytał. Pokazałem mu fotografię a on się uśmiechnął,  mówiąc:  To jest ona, moja ukochana. Spojrzał na mnie i powiedział:  Dziękuję za pomoc przyjacielu, nigdy Ci tego nie zapomnę. Zniknął, zostawiając mi na rękach kartkę z napisem: ,,Nie zapominaj o tym , bez czego nie można żyć”.

 KONIEC

 

 

Adam Sibila  ©®

Nawiedzony dom w Tomaszowie

Do dzisiaj pamiętam dzień, kiedy pierwszy raz przekroczyłem próg tego domu. O nieruchomości dowiedziałem się ze słupa ogłoszeniowego.
Szukałem właśnie dachu nad głową w Tomaszowie, więc postanowiłem czym prędzej złożyć wizytę właścicielom. Był to mały, prosty biały dom, od razu przypadł mi do gustu. Drzwi otworzyła mi niska, piękna kobieta. Od razu przeszliśmy do oprowadzania. Podłoga skrzypiała, a przez brudne firany z trudem przedostawały się promienie słońca. Widać było, że dom był zaniedbany i długo niesprzątany. Julia, bo tak miała na imię kobieta, która mnie oprowadzała, nie odzywała się niepotrzebnie. Krótko opisywała każde z odwiedzanych pomieszczeń, tylko w jednym pomieszczeniu zamilkła, jakby ktoś wbił w jej serce sztylet. Był to obszerny pokój dzienny, w którym znajdowały się najlepsze meble w domu. Najpierw rzucił mi się w oczy nieduży okrągły stół. Wykonany on był z drewna bukowego i zachwycał prostotą. Spytałem się Julii:
- Coś się stało? Jesteś strasznie blada.
- Nie, nic się nie stało. Ja tylko... Zamyśliłam się.
Widać było po niej, że jest jakoś związana z tym miejscem. Po zobaczeniu ogrodu byłem już przekonany, że kupię ten dom.
Na drugi dzień dokonaliśmy transakcji i od tamtego dnia byłem nowym właścicielem tego domu.

Po paru miesiącach mieszkania w domku dużo się zmieniło. W większości powymieniałem meble na nowe i odświeżyłem wnętrze. Pomalowałem na nowo ściany i sufity, w domu nareszcie było jasno. Jedyne co mnie niepokoiło to dziwne hałasy, które słyszałem często w nocy. Zawsze, gdy stawałem i szedłem sprawdzić co się dzieje, hałasy ustawały, by wrócić, gdy się położę. Na początku wzbudzały u mnie strach, lecz z czasem zacząłem się przyzwyczajać. Zawsze, na wszelki wypadek ,kładłem się spać ze świeżo naostrzoną siekierą u boku.
Pewnej wrześniowej nocy wydarzyło się coś naprawdę nie z tej ziemi. Jak co wieczór poszedłem spać o godzinie dwudziestej drugiej. Tej nocy bardzo źle spałem, za sprawą dziwnych hałasów. Były one wyjątkowe, biorąc pod uwagę te, z którymi miałem wcześniej do czynienia. Postanowiłem wziąć mą siekierę i pójść sprawdzić co się dzieje. Dźwięki ewidentnie dobiegały z pokoju dziennego. Ukradkiem zbliżałem się do pomieszczenia, a hałasy nie ustawały. Pierwszy raz zbliżyłem się tak blisko tego zjawiska. Odgłosy teraz przypominały mi płacz. Otworzyłem drzwi pokoju dziennego i to, co tam zobaczyłem, zapamiętam do końca mojego życia. Była tam zjawa dorosłego mężczyzny, który siedział samotnie przy okrągłym stole i płakał. Na moje nieszczęście zaraz, gdy dostrzegł, że go obserwuję, postawił się na nogi i zaczął strasznie głośno krzyczeć. Czym prędzej rzuciłem w niego moją siekierą, po czym zemdlałem.
Obudziłem się rano na ziemi w tym samym pomieszczeniu, moja siekiera była wbita w stojącą za stołem szafę.
Postanowiłem spisać całą historię, wraz z opisem mężczyzny i zamieścić w lokalnej gazecie. Odzew był szybki, bo już na drugi dzień, dowiedziałem się, że przede mną w moim domu mieszkał pasujący do mego opisu mężczyzna ze swą kobietą. Jednak się rozstali i z tego, co wiadomo, mężczyzna nie mógł się z tym pogodzić i gdy dowiedział się o ślubie ukochanej, postanowił popełnić samobójstwo. Gdy wszystko się wyjaśniło, postanowiłem zmienić moją dobrze płatną pracę i mimo wszystko wyprowadzić się z tego nawiedzonego domu w Tomaszowie.

 

 

 

Czarek Utrata  ©®

W pewnym domu mieszkała dziewczyna, która miała na imię Jessica. Miała  16 lat i żyła pod
jednym dachem wraz ze swoją babcią Teresą. Jej rodzice w wyniku wypadku samochodowego zginęli i została sierotą.
Jessica jak co dnia wstała rano, ubrała się i wyruszyła do szkoły. Droga do szkoły była długa,
ponieważ prowadziła przez las. Najgorsze w tym lesie dla dziewczynki było to, że właśnie tam
jej rodzice rozbili się samochodem. Za każdym razem przechodząc przez to miejsce dziewczynka czuła
coś dziwnego co zakłócało jej spokój. Nadszedł dzień, w którym dziewczynka miała do napisania ważny egzamin, od którego zależała jej kariera. Od samego rana dzień dla dziewczynki nie zaczął się
najlepiej. Gdy  wstała zobaczyła, że babci nie ma w domu. Nigdy wcześniej nie spotkała się
z czymś takim, ponieważ babcia o każdym wyjściu jej mówiła. Zbliżała się godzina egzaminu, więc
musiała wyjść z domu nie czekając na babcię. Po drodze zauważyła szalik, który był własnością jej babci.
Zdenerwowała się lekko i zmierzała w miejsce, którego tak bardzo nie znosi. Po drodze powtarzała
sobie wszystkie najważniejsze rzeczy, których do tej pory się nauczyła. Była tym tak zajęta, że
zapomniała o całej sytuacji z babcią aż wreszcie.. Spojrzała przed siebie na drzewo, które jeszcze
było podrapane od uderzenia samochodu. Na drzewie ujawniły się twarze jej rodziców, a na gałęzi
na sznurku wisiała jej babcia. Dziewczynka zamarła i nie wiedziała co robić. Podchodząc bliżej twarze
rodziców zaczynały się rozmazywać. Jessica stanęła ,bo chciała widzieć je jak najdłużej, po czym
zdarzyła się rzecz dziwna. Wnuczka pobiegła do domu i słuch o niej zaginął. Następnego dnia jej
wychowawczyni chciała odwiedzić utalentowaną Jessicę aby dowiedzieć się dlaczego nie było jej
na egzaminie. Po drodze widziała wiszącą na drzewie babcię i Jessicę..

 

 

Dominika Trudzińska ©®

Dwa lata temu dostałem wiadomość , że mogę zarobić więcej, robiąc to co kocham, ale wiąże się to z wyjazdem za granicę. Omówiłem to z Małgorzatą przy misce winogron. Stwierdziła ,że mam spełniać swoje marzenia a ona zostanie tu w Tomaszowie i będzie na mnie czekać. Kilka dni później nastąpiły wielkie przygotowania do mojego wyjazdu między innymi pakowanie walizek,  pożegnania z najbliższymi. W podróży do Paryża cały czas rozmyślałem o Małgorzacie , o Tomaszowie i o tym co mnie czeka. Na miejscu przywitał mnie Albert , pokazał mi gdzie będę mieszkał i gdzie znajduje się uczelnia, w której będę pracował. Dzień zacząłem od zajęć , młodzież  była bardzo zainteresowana sztuką co mnie wtedy ucieszyło. Po południu przechadzałem się po parku myśląc o ukochanej i rodzinnej miejscowości. Wieczorami natomiast ,przy kominku, pisałem listy do Małgorzaty. Tak  mijały dni , tygodnie i miesiące  aż do  dnia ,w którym dostałem wiadomość od ciotki, że Małgorzata jest poważnie chora. Tego samego dnia spakowałem się i wróciłem do Tomaszowa. Okolica zmieniła się ,lecz nasz dom nadal był biały. Gdy wszedłem do środka nie było zupełnie nikogo. Zauważyłem, że meble są inne , obrazy na ścianach również. Po chwili pojawiła się moja ciotka, która opowiedziała mi o chorobie Małgorzaty i , że opiekowała się nią jak mogła. Poprosiłem ją o chwilę dla siebie, jeszcze raz rozejrzałem się po domu , wszedłem do kuchni i nagle wszystko mi się przypomniało -  nasze rozmowy przy misce winogron , te dobre jak i te złe. A później ją ujrzałem taką czystą i idealną jak krząta się po domu. Zrozumiałem wtedy, że to tylko zjawa ,która już na zawsze pozostanie w tym domu. Po dłuższym czasie spędzonym z rodziną doszedłem do wniosku , że chcę wrócić do Paryża dalej nauczać młodych ludzi. Tak też zrobiłem. Wróciłem i teraz jedyne co mi pozostało po ukochanej to fotografie, wspomnienia i miska zielonych winogron.

 

 

 

Patryk N.©

Pewnej grudniowej nocy właściciel posiadłości w Tomaszewie zaprosił mnie do siebie na wspólną kolację. Był bardzo przystojnym brunetem z wąsem. Jadąc do jego domu przez lasy i pola ,już wtedy miałam wątpliwości co do tego, czy dobrze postępuję spotykając się z nim. Gdy zajechałam pod jego willę, zobaczyłam, że jest to bardzo stary dom, zaniedbany, dookoła zarośnięty bluszczem, lecz w jednym miejscu ujrzałam białą elewację. Jedną, jedyną rzeczą, którą było widać w mroku było światło palące się na piętrze. Podchodząc do drzwi, moja noga utknęła pomiędzy deskami na tarasie, które to ze starości po prostu się rozsypały pod moim ciężarem. A wcale nie jestem taka gruba, ważę zaledwie 56kg. Po chwili, gdy uporałam się z moją nóżką, chwyciłam kołatkę w dłoń i już miałam pukać, ale nagle drzwi się same otworzyły. Wchodząc do środka zauważyłam, że w przedpokoju pali się kilka świec a na schodach stoi on, był w najpiękniejszym garniturze jaki kiedykolwiek widziałam. Bardzo byłam zaskoczona takim powitaniem, ale zbagatelizowałam to i powolnym krokiem podchodząc do schodów, przy których stał Jerzy, wyciągnęłam rękę ku górze. On również wyciągnął do mnie dłoń i powoli wchodziliśmy razem po schodach na górę. W pierwszej chwili pomyślałam, że chce mnie zaciągnąć do sypialni, ale jak się później okazało zaprowadził mnie do salonu, który był pięknie oświetlony świecami a na środku stał  stół. Był on nakryty, leżały na nim przeróżne dania. Siadając, poczułam bardzo dziwne wibracje, po chwili Jerzy powiedział, że za chwilę wróci tylko pójdzie po wino do piwnicy. Gdy wyszedł drzwi zatrzasnęły się bez niczyjej pomocy, pomyślałam, że to przeciąg, ale gdy baczniej przyjrzałam się temu pokojowi okazało się, że tutaj w ogóle nie ma okien. Drzwi były zamknięte a on wszedł z otworu znajdującego się w kominku. Byłam  w szoku. Usiadł na przeciwko mnie i nalewając wino z zielonych winogron do kieliszków powiedział do mnie: -  to dla Ciebie, specjalny rocznik. Będąc jeszcze w głębokim szoku nie potrafiłam wypowiedzieć żadnego słowa. Jerzy patrząc mi prosto w oczy otworzył usta i już chciał coś powiedzieć, ale nagle wstał, odwrócił się i wyszedł przez drzwi, które jakimś cudem były otwarte. Byłam już bardzo przerażona, nagle usłyszałam krzyczącego Jerzego: -  muszę jechać... Muszę jechać, muszę jechać.... To było bardzo dziwne, chciałam opuścić to miejsce jak najszybciej, ale tuż przed moim nosem ponownie drzwi się zamknęły. Byłam przerażona, nagle wszystkie świeczki zgasły i byłam sama w pokoju bez okien i z zamkniętymi drzwiami na klucz. Drzwi otworzyły się po pewnym czasie i wybiegając z pokoju dziwnym trafem ujrzałam na schodach martwego mężczyznę, był cały we krwi a jego noga utknęła w dziurze w schodach. Mym uszom zdało się słyszeć głośne i chóralne śpiewy zostaniesz tu na zawsze, na  zawsze. Drzwi były zamknięte, ale pamiętałam o oknie, które było po prawej stronie od drzwi, wybiłam szybę i szybko uciekając z tego miejsca ,z płaczem wróciłam do domu, gdzie czekał na mnie Jerzy. Wtedy powiedział mi całą prawdę, okazało się, że tylko ja byłam w stanie uciec z tego nawiedzonego domu, ponieważ jestem silną kobietą, która zgodziła się na wizytę w tym strasznym, nawiedzonym domie w Tomaszowie.

 

 

Mareczek Weber  ©®

Nawiedzony dom w Tomaszowie

Wszystko zaczęło się od oferty z serii Sprzedam dom. Cena była przyzwoita, okolica malownicza, sprzedawca bardzo uprzejmy. Skąd mogłem wiedzieć, że coś jest nie tak?
Tomaszów był tego wieczora bardzo spokojny. Na ulicach nie można było dostrzec żywej duszy. Pracownicy firmy przewozowej wnieśli wszystkie meble i odjechali. Za transport moich gratów zapłaciłem już dawno przelewem. Zapowiadała się całkiem przyjemna noc, ale w tym domu było coś co  spędzało mi sen z powiek. Ciągle wydawało mi się, że słyszę... rozmowy?  Łkanie? Już sam nie wiem jak określić odgłosy, które do mnie dobiegały. Zaczynałem tracić zmysły. Myślałem, że to z samotności i braku zajęcia, myślałem, że kiedy znajdę sobie jakieś hobby to wszystko się uspokoi. Nic to nie dało. Postanowiłem zająć się ogrodem, który był częścią posiadłości, którą kupiłem. Ale kiedy próbowałem poskromić jakże bujne od zaniedbania chaszcze winorośli, ujrzałem ją. W oknie salonu, w którym stoi okrągły stół widziałem kobietę. Jej blada sylwetka trwała w martwym bezruchu, skierowana w moją stronę. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji. Siedziała…… i jadła winogrono. Natychmiast pobiegłem do domu, lecz w salonie nie było nikogo.
Wyszedłem i zamknąłem za sobą drzwi. Czy to ten dom, czy to po prosu ze mną jest coś nie tak?

 

 

 

Jakub Piwoński©®

 Razem ze znajomymi postanowiliśmy spróbować czegoś innego, po prostu odbiec od normy. Usłyszeliśmy o nawiedzonym domu w Tomaszowie. Wiadomo, najpierw śmiech, potem …  Uzgodniliśmy, że pojedziemy tam w taki dzień, w którym jest pełnia,  podobno straszniej. Po dotarciu na miejsce ujrzeliśmy  stary, zarośnięty dom. Każdy z nas się uśmiechnął i powiedział : wchodzimy. Weszliśmy do środka i naszym oczom ukazał się ciemny korytarz, prowadzący do jakiegoś pokoju. Weszliśmy. Oczywiście po drodze było kilka innych  drzwi, ale bardziej zaciekawił nas korytarz. Po wejściu do pomieszczenia ujrzeliśmy zgaszone świece porozstawiane w dziwnych miejscach pokoju, jakby w kształcie gwiazdy. Przeszły nas  ciarki  po plecach. Jeden z nas zauważył okrągły stół z boku pokoju, na którym była jakaś gra. Okazało się, że jest to  Ouija, plansza z literami do wywoływania duchów. Niektórzy z nas nie chcieli nawet jej dotknąć, ale w końcu  zagraliśmy. Złapaliśmy się wszyscy za ręce i zaczęliśmy wywoływać duchy, śmiejąc się przy tym. Nagle kilka liter poruszyło się. Połowa z nas się zaśmiała a druga połowa skamieniała z przerażenia. Na planszy ujrzeliśmy imię jednego z nas - Jakub. Nagle wszystkie świece zapaliły się. Szybko uciekliśmy z domu prosto do samochodów i odjechaliśmy. Niby było strasznie, miejscami nawet  śmiesznie , lecz z jednym z nas zaczęło się dziać coś dziwnego. Jego białka w oczach zrobiły się całe czarne i krzyczał na nas w niezrozumiałym dla nas języku. Próbowaliśmy go uspokoić . W tym całym zamieszaniu kierowca nie zauważył nadjeżdżającego z przeciwka auta … Najbardziej boli mnie to, że tylko ja o tym mogę dziś opowiedzieć.